40 lat minęło...

Zaproszenia i relacje z wyjazdów górskich, wysokogórskich i etnograficznych. Platforma kontaktowa dla ofert adrenalinka.pl

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 8 października 2018, o 21:17

A tu wspomnienia, dygresje i inne takie...
http://africatwin.pl/showthread.php?t=32523

Niewiarygodna ekipa... Żadnej, poważniejszej kłótni, praktycznie żadnej, poza zwykłymi trelami... Żadnej sytuacji "krytycznej"... Każdy problem po drodze jednoczył, nie dzielił... Ideał - przekraczanie Zurazaminu. Pieruńskie wyzwanie dla psychy dla dwóch członków ekipy. Trudny egzamin zdany na 5-tkę.
Ech...
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 28 października 2018, o 18:24

Z Dżigartal lata się np. helikopterem pod Pik Komunizma. Lotnisko, jak lotnisko.
- Szukamy placu na kimę.
Parkujcie na płycie.
- Na lotnisku?
Dzisiaj nikt nie lata. Nie ma prabliema!
Zdaje się, że wszystko na trzeźwo, co wzbudza pewien niesmak ale... cha, cha:D
Jakoś nie mamy szczęścia do pedalskich wycieczek.

https://www.youtube.com/watch?v=PO_QtfMnWfk
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 28 października 2018, o 18:26

Z Dziennika Wąskiego.

Szukasz przygody?
El wpajał mi to 10-tki razy... Zabieraj ludzi na stopa.
Gdzieś między Samarą a Penzą, mija druga w nocy. Już dwa razy wyłamałem się z zasady. Pierwszym był jakiś młodzian, drugim starzec... Jestem zmęczony, mam 21 lat, studiuję astronomię... Nie umiem... No dobra! Jak się teraz ktoś pojawi, to... Stoi jakaś kobiecina z siatami, z chustą na głowie i macha.

Normalnie bym stanął i poszedł w kimę ale teraz nie wypada. Jezuuu! Blisko trzecia nad ranem i stop z babą... Niech tam. Załatwię to w try miga, niech El, wie, że ten... tego, itd. k***a mać!

Podwiezie mnie pan 20km?
- Proszę, siada pani!
Boszzz, tylko miejsce muszę zrobić... Na siedzeniu pasażera armagedon, w nogach także... I jeszcze dwa arbuzy... Arbuzy jak telewizory - z Fergany. Też El kazał kupić i wieźć do Polski, no to wiozę. Kurde! Jeszcze wiadro z przyprawami... Siada pani!

Lekko siąpi. Ciemno. Nie potrafię określić wieku kobiety ale głos jakiś taki ciepły.
- Pan z zagranicy?
A tak. Z Polski. Z Tadżykistanu jadę, do domu już.
- To pan podróżnik?
Nie powiedziała - turysta. Powiedziała - podróżnik.
Pewnie dlatego, że wyglądam jak siedem nieszczęść.

Proszę tu mnie wysadzić i wskazuje wielkie nic.
- Tu, to znaczy?
Tutaj. Z drogi mam jeszcze 5km do wioski. Dziękuję bardzo!
- A gdzie tam! Pada przecież, poza tym... Mówi pani gdzie - podwiozę.
Nie trzeba, naprawdę!
- Proszę pozwolić!

Golf pływa mi po drodze w błocie po kostki albo i gorzej. Jadę w skupieniu, by nie stanąć, bo z jednej strony wstyd a z drugiej czarna dupa. Nie idzie zagaić. Kobita pracuje w barze. 14h dziennie ale nie narzeka. Bo co ma robić...?
Taa...
Pojawiają się jakieś mikre światła, zaczynają ujadać psy. Pomagam wysiąść kobiecie i nagle pytam ni stąd ni zowąd.
- A pałatkę u was w ogrodzie postawić mogę?
A zaczemu pałtatkę?
- No..., bo zmęczony jestem i po prostu bym się tu rozbił na nocleg. Niekoniecznie u was. Byle gdzie.
Ale zachodzicie do domu! Miejsca dostatek. Starszy syn w wojsku, młodszy w internacie. Miejsca wystarczy.
- ,Nie, nie... Nie chcę robić problemu!
Ależ to żaden problem! Zachodźcie!

Wchodzimy do ciepłego domu. Klasyk, z sienią. Prosto do kuchni. Wiera zapala światło, zdejmuje chustę i widzę... piękną kobietę! Sprawnie rozpala ogień pod kuchnią i uśmiecha się do mnie.

Po kolacji pijemy czaj z prawdziwego samowaru. Kipiatok wrze na węglu, na górze czajniczek z naparem z czarnej, aromatyzowanej kwiatem róży herbaty. Do tego łyżeczka cukru... Magia...

Wiera ma 36 lat. Pierwszego syna urodziła mając lat 16. Drugiego cztery lata później. Mąż - pijak, zginął w wypadku drogowym, który sam spowodował, kiedy młodszy syn miał 5 lat...
Wygląda na moją rówieśniczkę...

Przeciągam rozmowę, ile mogę... Jestem tą kobietą zauroczony. Ona też nie lgnie się do łóżka. W końcu jednak wstaje i szykuje czystą pościel dla mnie.
Jutro sobota. Wiera ma wolne ale ja muszę jechać. W poniedziałek mam poprawkowy egzamin w Warszawie. Tam muszę... Nic nie muszę!

Łapię Wierę odruchowo za dłoń, że niby poduszkę chciałem... Potem dotykam ust...

Wiera budzi mnie o 6-stej. Przyciągam ją do siebie. Chcę z nią tak trwać bez końca. Poddaje się szepcząc do ucha.
- Cymek... Ale ja nie jestem taka...
Cicho kochana... Cicho. Nie mów nic.

Pije kawę i patrzę na Wierę. Czuję się, jakbym z nią przeżył pół życia.
I tak wiem, że przeciekło mi ono przez palce strumieniem. Taka konkluzja najmłodszego uczestnika tej wspaniałej wyrypy!
Dalej nie jestem pewien, co mam w tym życiu robić, ale już wiem, czego nie powinienem.

------
Jak bez konsekwencji uniknąć egzaminu?
Korzystać z doświadczenia innych. Te zaprowadziło mnie dzisiaj rano - prosto z pociągu niemal, do poczekalni w przychodni lekarskiej.
Argument mam mocny... Sraczka!
Jesteście już chyba po śniadaniu, to mogę o tym wspomnieć a nawet powinienem.

Towarzyszyła mi ta "kobieta" przez całe cztery tygodnie. Romans zakwitł z chwilą przekroczenia uzbeckiej granicy. Nie, żebym coś tam zjadł, bardziej z ekscytacji. Dotąd te granice (wschodnie) znałem li tylko z cudzych relacji. W życiu czegoś podobnego nie doświadczyłem...
Jestem po prostu idealnym produktem nowoczesnej cywilizacji. Zrozumiałem to później, ulegając indoktrynacji głównego szafiora ekspedycji - inżyniera Fazika, z którym namiętne i długie spory toczył El.

Wtedy, wydawały mi się one jałowe, bo przecież "nic nie jesteśmy wstanie zrobić". Bo zresztą po co? Przecież komfort życia już dawno został zdefiniowany. Skoro nie jesteś wstanie nic w życiu zmienić, zmień ubranie, telewizor, samochód... Zrób tylko jeden, malutki krok... Weź na życie kredyt.

Siedzę w tej przychodni pośród samych starszych ludzi, żyjących ze skromnej emerytury, która nie starcza na życie ale idealnie starcza na leki. To jest właśnie spłata życiowego kredytu. Zapłata za cudzy komfort.
W Tadżykistanie, w wysokich górach - widziałem takich staruszków cieszących się życiem, do tego ciężko pracujących. Podczas krótkiego, intensywnego w pracę lata wypracowują sobie czas wolny zimą. Powoli zaczynam rozumieć ten proces...

Moje życie wydawało mi się poukładane, do póki nie przyszła ONA. SRACZKA.
Zafundowała mi bezpłatnie cywilizacyjny detoks. Spowiedź ciała. Możesz jej uniknąć naturalnie... Zachowaj cywilizacyjny rygor. Myj ręce, jedz "z paczki" i broń cie Panie unikaj kontaktów z ludźmi. To znaczy porozmawiać jak najbardziej ale nie, żeby skorzystać z oferty noclegu np... W tych materacach i pledach czają się już na ciebie pluskwy, karaczany i pospolite pchły.
Po kontakcie z nimi twoje ramiona wyglądają jak po 10-cio letnim braniu maku.

Już Bronisław Grąbczewski pisał, że w życiu nie skorzysta z noclegu w kirgiskiej jurcie - rojącej się od wszy.
A właśnie... Bronisław Grąbczewski...
Kiedy pisałem do El`a, że chciałbym itd. odpowiedź jego była krótka. Lista jest definitywnie zamknięta. Nie pomogły rekomendacje Bartka z harcerstwa (o czym mnie zresztą Bartek uprzedzał). Wiedziałem tylko, że lista kierowców skurczyła się do granicy limitu, zwłaszcza, kiedy El zdecydował się ruszyć Golfem. Była taka malutka nadzieja... ale iskra zgasła przy pierwszym podmuchu.

Cóż... Odpisałem cytatem:
"Gdyby tak ktoś przyszedł i powiedział:
stary czy masz czas.
Poszukuję do załogi,
jakąś nową twarz..."

No i... stał się cud!
Odpowiedź była krótka ale konkretna.
Warunek 1.
Masz 5 dni na załatwienie ruskiej wizy. Bartek może ci pomóc. Resztę wiz załatwisz "w drodze". Ta pierwsza warunkiem sine qua non.
Warunek 2.
Na blachę kujesz pamirską część "Podróży po Azji Środkowej" Bronisława Grąbczewskiego i CAŁE "Podróże nieodkryte" zespołu Adama Pleskaczyńskiego, które podsyłam w pdf-ie.
Warunek 3.
Zgoda Ryby Karpia - kierownika sportowego ekspedycji.

Dzisiaj wiem, że warunek 3 nie został spełniony. Kto ostatecznie przekonał Małego Wielkiego Człowieka nie wiem ale się domyślam.
Warunek 1 traktowałem jako żart ale szybko wybił mi to z głowy Bartek:
- Uwierz mi, że to nie ściema. El ma bzika na tym punkcie i nie powiem... Ja też zaczynam.

Kiedy ekipa dojeżdżała do granicy litewskiej ja dopiero odbierałem paszport w Wwie... Byłem zrozpaczony.
Bez zgody starego wsiadłem w jego służbowego Forda i ruszyłem "na wschód".
Wtedy stał się drugi cud. Ekipa... zawróciła! W Golfie współpracy odmówiły hamulce, w konsekwencji wysypały łożyska przednich piast.
Stanęli na kilka godzin u pana Sławka w Lipniku, który bezpłatnie udostępnił podnośniki całe zaplecze warsztatowe.

Tamże poznałem wszystkich uczestników ekspedycji.
Bartek spał na kupie żwiru. Fazik w kombinezonie wprasowywał drugie łożysko, El i Karpiu wykonywali jego polecenia. Cichy z Maurycym kibicowali pijąc podlaski likier.
W tym momencie opóźnienie wyprawy wynosiło równo trzy doby. Mój niewymowny fart ale ciśnienie rosło, bo dwa dni później w Duszanbe lądować miał Alik, drugi stryjeczny prawnuk Bronisława Grąbczewskiego a przed nami 5000km!

Mój pierwszy kontakt z El`em.
Dzień dobry, to ja jestem Cymek Wąski, melduję gotowość do wyprawy.
-Tak? Co wiesz o uroczysku Kulika?
Eee... Jezuu!!! Więc jednak... Staram sobie przypomnieć ale mi nawet nie dzwoni w uchu...
- No?
Zaraz sprawdzę! Zabrałem książkę (całe szczęście!!) a Podróże nieodkryte wgrałem na tableta szefie!

Z kierownikiem Karpiem piłka również była krótka.
- Jesteś kierowcą i twoim obowiązkiem jest trzymać formę, by dowieźć grupę trekkingową w optymalnej formie w góry. Tak się prowadzisz, by być zdolnym prowadzić Lublina min. 12-16h na dobę. Ja tu jestem od spożywania alkoholu, no...
W górach sobie odpoczniesz...

Trzymajcie kciuki. Wchodzę do lekarza!
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 15 listopada 2018, o 19:42

Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 19 listopada 2018, o 16:48

Panorama na jezioro Karakul z poziomu 5-ciotysięcznika:
https://youtu.be/KI5NXeqY5yI
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez franc » 23 listopada 2018, o 10:29

El byś tutaj również wkleił dzienniki Wąskiego ( a nie tylko na lukrowanym forum Toyoty ) Toć to się kapitalnie czyta :)
Avatar użytkownika
franc
Site Admin
 
Posty: 3636
Dołączył(a): 22 stycznia 2007, o 11:52
Lokalizacja: Warszawa

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 24 listopada 2018, o 15:16

Sprawa jasna;)
Będzie wersja full.

Z Dziennika Wąskego.

Droga.
- Wąski... bo wstanę!
Stoi przede mną Karpiu (165cm przy moich 185-ciu). Razem stoimy gdzieś za Riazaniem.

Wcześniej na małym moskiewskim ringu, około 4-tej nad ranem dostałem hasło:
- Zmieniasz Cichego.
Wytrzymałem za kierą może z 2h... Szybko zmienił mnie Fazik, który ledwie zmrużył oko i kazał odpoczywać na "dużej" kanapie.
Kiedy się obudziłem ujrzałem nad sobą Karpia...

Oberwałem słuszny opierdol - taki, że hej. Zrobiło mi się wstyd, bo chłopaki jechali bez chwili wytchnienia a ja jak mały chłopiec... Bawić się trza umieć!
To była pierwsza, poważna lekcja jaką odebrałem na tej wyprawie i wziąłem ją sobie głęboko do serca.

----

Droga.
Droga jest celem. Ot, taki banał, tak oczywisty w pewnym sensie ale jak wy to/go rozumiecie?

Ja się na tej mojej drodze uczyłem.
Jechałem z jakimiś cyborgami... Starałem się ale nie dawałem rady... Był taki moment, że chciałem po prostu wysiąść i wtedy na prawego przysiadł się Karpiu z flaszką w ręku.
Ledwie po kilku godzinach w upale padałem na ryj a tu nagle zastrzyk energii jakiej nigdy dotąd nie doznałem! Dzieli nas przecież drugie tyle lat a czułem się jakbym z kumplem z ławki szkolnej gadał...
- Wąski, bo wstanę! Trzymaj kierunek wschód!

Później Karpia zastąpił Fazik. No, jakaś magia! Przegadaliśmy całą noc! O 6-stej rano zmienił mnie Bartek. Ledwie dotknąłem pośladkiem "sypialnej" ławki, padłem bez czucia na ryj, jak te sosny w podberlińskich lasach, co to je Fazik pokosem harwesterem kładzie...

----
Tabor.
Jedziemy jak Cyganie, żyjemy jak Cyganie, tylko... kobiet brak
Z każdym dniem, każdym pokonanym kilometrem oswajam się z obowiązkami i nawet pojawia się rutyna!

Pierwszy wstaje Maurycy. Budzi wszystkich pociąganiem nosa, bo cierpi na chroniczne zapalenie zatok. Jest to jednocześnie sygnał, że... kawa gotowa lub herbata. Zaparza do wyboru Maurycy i zawsze coś do treści dorzuci, grzebiąc nieustannie w trzech ogromnych, bazarowych siatach.

Ma tam wszystko potrzebne do życia i potrafi się tym dzielić. Zajmują co prawda ogrom przestrzeni bytowania ale lubimy niespodzianki. A tu suszony imbir, innym razem owoc róży a jak się wódka pojawia na śniadanie (konkuruje bezwzględnie z kawą), to na talerzyku ląduje domowy, kiszony ogórek z kawałkiem domowego, peklowanego mięsa. Jak kogo suszy, to i zimne piwo się znajdzie o wdzięcznej nazwie Namysłów np.

Jest więc Maurycy przy śniadaniu niezastąpiony. Drugie, to znakomity kierowca zmiennik. Zawsze gotowy, zawsze wypoczęty... Nie wiem, jak on to robi ale to, co robi dla zespołu, to kawał WIELKIEJ ROBOTY. Dla mnie wzór niedościgniony. Kiedy go pytam, skąd czerpie siłę, niezmiennie odpowiada:
- Swoje trza robić i tyle.
Złego słowa o Maurycym powiedzieć nie można. Po prostu nie wypada. Nawet El powstrzymuje się od sarkastycznych komentarzy, od czasu do czasu tylko klepnie Maurycego po plecach i rzuci w swoim stylu:
- A świeże to na pewno...? Wódka za ciepła, kawa zimna... Maurycy się wtedy denerwuje, bo bierze wszystko na serio a to woda na młyn dla El`a.
Na szczęście rzadko wkurza Maurycego, bo siłą rzeczy większość czasu spędza w Golfie no i mamy Karpia, który się Maurycym "opiekuje" i szybko ucina zakusy El`a.
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 24 listopada 2018, o 17:25

Z Dziennika Wąskiego.

Dlaczego Jaszyl Kul jest jeziorem zielonym...?
Przekopałem się przez treści Bronisława Grąbczewskiego i nie znalazłem podpowiedzi. Widząc jednak zdublowany kadr autorstwa kuzynostwa Grąbczewskich odpowiedź znalazłem sam.

Stojąc na przeciwległym wzgórzu w zachodzącym słońcu odbijała się w nim cała zieleń letnich pastwisk.
Tamże schodzi się do doliny Karaszury - tu jeszcze strumienia, która zbiera wodę z topniejących lodowców Gór Piotra Pierwszego i wciska je strzelistym kanionem do wód Obichingoł. Na odcinku ledwie 30km łagodny strumień przeradza się w szalony "Dunajec".

Gdzieś w połowie leży uroczysko Kilika, z którego "egzaminował" mnie El.
Pierwotnie nawet przez myśl mi nie przeszło, by spróbować się o tym przekonać osobiście ale...
El i Karpiu nazwali go lekkim z jednym poważnym akcentem - przełęczą Gardani Kaftar sięgającej 3800m. Na zdjęciu Bronisława Grąbczewskiego wyglądała groźnie ale jak ustaliło kierownictwo, z końcem lata wszystkie śniegi powinny być wytopione. Poza tym nie wymaga on (szlak) specjalistycznego szpeju jeno dobrej kondycji. Karpiu np.zdecydował się pójść w butach podejściowych, to znaczy takich mocniejszych adidasach. Ja coś takiego na nogach miałem...

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy ale zapytałem nieśmiało, czy mógłbym się z ekipą trekkingową zabrać?

Gdybym wtedy wiedział, co mnie na szlaku spotka... ale nie wiedziałem Pałałem młodzieńczą energią i entuzjazmem, że Karpiu...się zgodził!
- Tylko Wąski... Słuchaj... Za żadne skarby nie słuchaj El`a-jak się spakować! Włóż watę do uszu, bo inaczej wylądujesz w górach z dębowym stołem na plecach.
Cud, że El nie wziął gitary i roweru składanego np.

Nie do końca rozumiałem czym do mnie mówi Karpiu, kiedy f-cznie rano nie zobaczyłem "spakowanego"El`a... Stolika nie miał ale składane krzesło tak. Siatka z Biedronki wypełniona grapefruitami z ręczną do nich wyciskarką...

---

Rok turysty.
Wszyscy jakiś czas żyliśmy dramatycznymi wydarzeniami w Tadżykistanie.
Mnie to siedziało z tyłu głowy bardzo mocno. Fazik sugerował wybierać noclegi z dala od ludzi, wszyscy to rozważali tylko El kiwał głową z dezaprobatą na takie podejście.

Nasze szczęście polegało na tym, że operowaliśmy z dala od utartych szlaków i to wcale nie w kontekście owych wydarzeń. Nikt do nas nie wołał "heloł", "chałarju" itp.
Traktowano nas z podziwem i szacunkiem, zawsze ze szczerym, ciepłym uśmiechem na ustach. Dotyczyło to zwłaszcza pamirskich Tadżyków.

Tylko te gesty budziły w nas poczucie bezpieczeństwa. Pamiętam słowa El`a z tadżyckiej granicy, dokąd wjechaliśmy z Uzbekistanu.
- Ja zawsze po przekroczeniu tej granicy (TJK) czuję się tu jak w drugim domu...
Podpisuję się pod tymi słowami wszystkimi kończynami. Już po kilku dniach czułem się tu (nawet w najdalszym,dzikim zakątku) lepiej niż u siebie...

Siedzę teraz przed ekranem monitora, którym odgradzam się od świata. Piszę, by przedłużyć te chwile bycia szczęśliwym spontanicznie.
To, co przeżyliśmy wspólnie było dokładnie z gatunku science fiction. Gdyby ktoś przed wyjazdem powiedział, czego ja tutaj doświadczę, odprawiłbym szybko egzorcyzmy.

Dzisiaj wolę wieczorem wyjść na balkon i patrzeć przez lunetę w niebo niż z kumplami na piwo.
- Stary, ty śmierdzisz! Wykąp się. Przetestujemy z Martą (leci na ciebie) jej nowego "superba". No niesie fura, niesie!
Być może...

Śmierdzę...? F-cznie, może trochę. Śpię na podłodze, bo nie chce mi się ścielić łóżka, zapomniałem raz nawet wodę spuścić w kiblu... Nie przebrałem się od dni czterech ale założyłem świeżego merynosa przecież. Owce się w ogóle nie myją i żyją...
Jeżeli mam coś przewietrzyć to szafę z ciuchów. Za tę kasę,co na nie wydałem mógłbym sfinansować przyszłoroczną wyrypę kolegom... Ze 30 koszulek polo, każda od 80zł w górę. Koszule pod krawat... ze dwa tysie na nie wydałem. Cały boks marynarek, no sztapel spodni na kancik...

Chciałbym wam jeszcze o czymś napisać ale... to już zostawiam bardziej doświadczonym kolegom. Zdjęć nie robiłem, ledwie kilka... Podzielę się jednym z nich...
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 24 listopada 2018, o 17:28

Z Dziennika Wąskiego.

Koło zapasowe.
Pyta mnie ojciec jednego wieczora:
- Słuchaj ale ile tam w końcu aut jechało, bo ja czegoś nie rozumiem? Jest Lublin bez reduktora, z reduktorem i Golf.
Tego pierwszego zostawiliście w Duszanbe?

Hm... To jest dopiero historia... Opowiem o tym dzisiaj wieczorem moimi oczyma.

----

Słuchaj Wąski... Ja tego do końca nie rozumiem. Karpiu od razu powiedział, że będą z tego nici a Fazik utkał z tego prawdziwy, wełniany sweter....
Taki razgawor w Golfie z jego kierownikiem, gdzieś na płaskowyżu...

Właściwie koło zapasowe.
Opowiadam to staremu, on na mnie patrzy i... nalewa sobie kieliszek.
- Nie krępuj się...!

No więc, to było tak.
Wał crystan.pl (nóweczka na zamówienie) okazał się krzywy jak banan. Ten łączący reduktor z tylnym mostem... To było jeszcze poza mną... Fazik na 24h przed wyjazdem podejmuje decyzję, by Lublina przywrócić do... stanu fabrycznego.
- Bo to się nam po drodze to rozpier... A trza jechać minimum te 80km/h.
To się dzieje naprawdę...

Zastanówmy się nad logistyką, bo akurat jest wtorek w południe a dnia następnego jest święto (15 sierpnia). Potrzeba fantów!
Te zostają namierzone w... Strykowie na szrocie lublinowym. Przy okazji Fazik "zamawia" oryginalny tunel i lepsze śmigła do chłodzenia.
Cichy startuje z Radomska do Strykowa, stamtąd w opolskie, gdzie na przeciw wyjeżdża mu Karpiu i przejmuje fanty.
Mamy wtorkowy wieczór.

Nocą Lublin wraca do starych szatek. Rankiem dopieszczany jest system chłodzenia. Chłopaki (Fazik i Karpiu) po wypiciu stu piw... No może 105-ciu padają na ryj i idą spać.
Wieczorem kładą kafelki na podłodze i coś tam jeszcze. Maurycy rzeźbi kuchnię w drewnie z litego dębu. Fantazyjne wzory (liście laurowe chyba), system zawiasów XIX-wiecznych w oryginale i inne takie cuda cudeńka. Każdy ma zajęcie.

Zaraz potem startują na Wschód, zabierając Cichego i Bartka po drodze, gdzie Fazik we W-wie na ulicy wymienia tarcze hamulcowe i tak długo weryfikuje sprawność działania układu, że w końcu mucha zdycha w locie.

I to słuchajcie... jedzie! Sunie ta fleche 5000km i gdzieś na rogatkach Duszanbe Fazik ordynuje pit stop.
Cały majdan ląduje na zewnątrz a z luków naszej torpedy wyciągamy... reduktor i dwa wały!
Pamiętam minę kazachskiego celnika, kiedy wywalaliśmy wszystko przed rentgenem i ujrzał na podłodze nasz zestaw...
- Co to jest...?!
Zapcziasti...

Znajdujemy kanał na stacji paliw wieczorem. Wymagana jest zgoda kierownika, którego nie ma. Dzwoni do niego ochroniarz...
- Chłopaki robią serwis. Montują... nowe auto! Mówią, że zajmie im to chwilę.
Ok.

Fazik wchodzi w trans. Karpiu i Bartek działają jak automaty. Kubica chciałby ich mieć w Williamsie, gdzie pracuje kuzyn mego ojca.
Ale... Stelaż podpory nie pozwala włożyć reduktora! Trza go przyciąć... blacha 6-stka... Jest brzeszczot na szczęście ale trzeba nim bardzo delikatnie operować. Do akcji wchodzi El, który przez 6-mcy z grubasa zrobił z siebie atletę (codziennie rano na wyrypie 150 pompek plus na finał po 20 jeszcze na jednej ręce!
Wyklucza go Fazik:
-El, ty upier... brzeszczot chwila moment! Ściągaj olej z mostu!

Piłują: Fazik, Karpiu i Bartek na zmianę... Całe 2h!
Karpiu, w czym mogę pomóc?
- Nie przeszkadzaj!
Cichy ordynuje zatem robotę przy kolacji. Dzisiaj ziemniaki w warzywach plus peklowany gulasz Maurycego!
Jedziemy z El`em po produkty.
Bez problemu kupujemy worek ziemniaków, kilka kilo marchwi, cebuli i bladej papryki.
- Weź Wąski jeszcze 30 piw i 2l wódki... Nie... Trzy! Ciężko pracują chłopy i głupio by było, by zabrakło.

Znam już możliwości tej załogi, więc wykonuję polecenia bez szemrania.

Jak przyjeżdżamy Alik na linie w środku Lublina przytrzymuje reduktor. Trza się spieszyć z kolacją, chłopaki finiszują!
Do szybkowara smalec ze skwarkami, full ziemniaków, pokrojona w słupki marchew i w kosteczkę cebula. Jak El ekspresowo szatkował cebulę (sic!)... Kurde, jak w kitajskiej kuchni!
Papryki nawet nie opierał o deskę (tu całusy dla Izeczki gołąbowej- od El`a i Karpia!)...
Kiedy zdejmujemy szybkowar z gazu chłopaki dokręcają ostatnie śruby...

Jestem w szoku... Teraz już jestem pewien, że ta wyprawa nie ma prawa się nie udać... Wszyscy, jak jeden wykonywali polecenia Fazika i szefa Kuchni - Cichego bez mrugnięcia okiem.
Jemy, walimy stakany jeden za drugim... Zalegamy na "tapczanach". Tak się nazywają te ichnie łoża do siedzenia po tadżycku. Teraz już wiecie, skąd polskie tapczany
Skąd się na nich wzięlismy...? Ano do zaprawki przylegała... knajpa
Polegliśmy około trzeciej, może czwartej nad ranem...

Miny pań "kelnerek" o 6-stej rano - bezcenne. Tylko Maurycego się przestraszyły, bo wygląda jak Afganiec.

Niestety, przy kolejnej akcji w Biszkeku, kiedy to znowu wracał stan fabryczny już mnie nie było. Podobno operacja trwała chwila moment... Nie było sensu gotować... Ledwie po kilka stakanów padło...

Tymczasem gdzieś... nie wiadomo gdzie:
https://www.youtube.com/watch?v=P2cV3EblH-I
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 24 listopada 2018, o 17:33

Z Dziennika Wąskiego.

Suplement.
Wzruszenie - etiuda pierwsza.

Idziemy doliną Karaszury dzielącej łańcuch Gór Piotra Pierwszego na część zachodnią, niższą, ku której zmierzamy i wschodnią - za naszymi plecami, której sercem jest ponad 70 szczytów przekraczających 5000m a 12 - 6000 z Pikiem Moskwa (6875m) na czele.
Po lewej, na wyciągnięcie ręki - chowają się w chmurach, dominujące: Pik Agasus i Siewiercowa.

Spakował mnie Karpiu, wszystko posprawdzał, ustawił i podociągał paski:
- No... Wąski... Elegancko! Teraz maszeruj i głośno krzycz: niech żyje nam Wołodia Ilicz!
Nie mam tylko kijków, ponoć nieodzownych dla ochrony stawów ale ja nigdy z nich nie korzystałem więc...
Wcześniej kierownikowi nakłamałem, że zszedłem całe Tatry wzdłuż i wszerz a tak naprawdę najwyżej byłem na Tarnicy i to z rodzicami z jakie 10 lat temu...

Dzień 1.
Trochę mnie przydusza (wysokość) ale idzie mi się nad wyraz lekko. Trzymam tempo El`a, który idzie pierwszy. Rozmawiamy o Grąbczewskim. El tłumaczy mi "okolicę" jakby tu mieszkał. Jest fantastycznym przewodnikiem. Okazuje się, że wizytował tutejsze, letnie pastwiska wcześniej, ledwie kilka kilometrów dalej na wschód. Biwakował nad jeziorem Chary Kul, gdzie rozpoczyna się ogromny płaskowyż z jednej strony stromo spadający do doliny rzeki Muksu (zbierającej wody z lodowca Fedczenki) z drugiej otwiera się na dolinę, którą obecnie idziemy.

Zmierzamy do uroczyszcze Kulika. Cha, cha... Z każdym kilometrem coraz bardziej jednak odczuwam trudy marszu, czego zupełnie nie widać po reszcie ekipy.
Dzisiejszy etap, to 15km. Pod koniec dnia tempo spadło z mojego powodu znacznie, niedomaga też Alik - kuzyn Bartka -"Grąbczewski Duży". Coś mu się dzieje ze stopami.
Rozbijamy się na nocleg i kontestujemy obolałe części ciała.
Alik prezentuje okazałe pęcherze,symetrycznie rozłożone na podeszwach stóp.
Rany Julek... W życiu takich nie widziałem! Są ogromne. Wina nowych butów. Nie udało się ich Alikowi rozchodzić. Po prostu ordynował zbyt krótkie marsze przygotowawcze (dzisiaj to wiem). Wysłuchałem przy okazji całej teorii rozchodzenia butów i jest to kawałek praktycznej wiedzy!
Dużo bardziej doświadczony w temacie Cichy również nabawił się otarć kontestując buty krótko:
- Nie polubimy się chyba...
Ostatnio (kilka lat wcześniej) zdobywał w nich Kazbegi ale czas robi swoje. Stopa z wiekiem się rozbija (taki dzisiaj mądry jestem) i trza numerację butów weryfikować. Słodki (dołączył w drugim etapie wyprawy) uważa, że co 10 lat powinniśmy weryfikować buta. Notuję więc w mózgu, co następuje

Na same pęcherze są dwie teorie. Alik potwierdzi słuszność. Na jednej stopie przykleja żelowe plastry,na drugiej pęcherze przebija i zostawia.

Dzień 2.
Wstaję jak z krzyża zdjęty... Nie mam apetytu, trochę ćmi głowa (3000m), zakwasy wszędzie, najgorsze na barkach. Nie jestem wstanie dotknąć "kaptura". Przygryzam wargi. Na śniadanie piję kawę, nic stałego nie jestem wstanie. Karpiu każe mi coś zjeść, bo "wydechniesz na podejściu, które nas czeka". Ratuje mnie El robiąc koktail na bazie wody, izostara w proszku,mleka w proszku i białka serwatkowego WPC-80. Wmuszam w siebie solidny kubek o wskazanej treści, nawet to smakuje...
Alik na dzisiaj zakłada... sandały i nie jest to głupie rozwiązanie.

Pierwszy problem do rozwiązania: przeprawa przez Karaszurę. Problem się rozwiązuje sam. Przy hutorze Kulika czeka na nas mostek. W samym hutorze napotykamy Kirgiza z Dżigartal. Z mocnymi papierami, jak się okazuje. Polują tu na kozły. Są tu ich dwa rodzaje. Powszechny Kiik i Archar pod ochroną. Polują naturalnie na oba. Mięso tego drugiego wyborne... Przekonamy się o tym osobiście niebawem.

Tymczasem popiwszy czaju przekraczamy Karaszurę i rozpoczyna się podejście uroczyskiem Tupczek... 400m w pionie i to prawie dosłownie! Szybko przeliczam to na wieżowce. 400m dzielone przez 28... Matko Boska...
Karpiu wspina się w abstrakcyjnym tempie. Za nim Cichy i El. Ja idę z Alikiem i Bartkiem, który świadomie zamyka peleton.
Wspiera kuzyna, który walczy z bólem jak gdyby nigdy nic.... Żeby mnie tylko coś podobnego nie spotkało! Rzuciłbym się do Karaszury z miejsca!

Trójka liderów osiąga wzniesienie w niespełna godzinę! Mnie to zajęło 2,5 ledwie trzymając tempo Alika,który siłą rzeczy w sandałach szedł wolniej na tak niestabilnej, stromej ścieżce.
Kierownictwo na górze ordynuje znalezienie osłoniętego noclegu w sąsiedztwie jakiegoś strumienia i na dzisiaj chwacit. To ukłon w stronę"cierpiących". Padam w namiocie jak kafka. Na kolację budzi mnie Karpiu:
- Masz i jedz. Sił nabieraj, bo... wstanę!
Normalnie się wzruszam po raz pierwszy. Kocham kierownika naszego!

Dzień 3.
El:
- Dzisiaj czeka nas krótki dzień. Przeprawimy się przez Zurazamin i rozbijemy na początku doliny prowadzącej pod Gardani Kaftar. Nie ma sensu pchać się dalej. Wyjdzie z jakie 8km.
Program przyjmuję z ulgą.

Przez Zurazamin w czasach Grąbczewskiego chodziło się mostem śnieżnym ale w hutorze Kirgiz wspominał coś o moście kamiennym. Mieliśmy o niego dopytać na płaskowyżu Tupczek ale okazało się, że tutejsi Kirgizi praktycznie nie mówią po rosyjsku, tym bardziej, że głównie trafialiśmy na młodych.Jednym słowem nie ustaliliśmy nic ale nic to.
Do przeprawy prowadzi wyraźna ścieżka i widać jej kontynuację po drugiej stronie rzeki.

Zurazamin w południe tłoczy ogromne masy wody w szalonym tempie. Budzi to we mnie grozę. Każdy metr w dół potęguje zjawisko....
Dochodzimy na skraj ścieżki bardzo szybko (schodziliśmy w dół) pokonując różnicę wzniesień ze 300m.
Dochodzimy i dupa... Zwężenie idealne na most śnieżny ale mostu nie ma. Gorzej, że kamiennego również...
Karpiu schodzi do koryta rzeki i testuje możliwe brody. Taki malutki człowieczek w obliczu żywiołu... Symbolika pełna.
Robi krok do pół uda w wodzie i ta nagle go porywa!
Rzuca Karpiem jak piłką! Rany boskie! Na szczęście rzuca go na kamień, którego się Karpiu kurczowo chwyta. Wszystko z plecakiem...
W dół szybko rusza Cichy i El ale kierownik wychodzi cały z opresji sam.

Spotykamy się wszyscy na dole i szukamy owego kamiennego mostu. Nic z tego... Nawet najmniejszej szansy na przeprawę. Cichy wypatrzył wcześniej z Karpiem kilka głazów tkwiących w korycie rzeki i tylko one dają szansę przejść rzekę suchą stopą ale...?
Ale trza teraz wrócić na górę i zrobić trudny trawers przez dwa żleby.
Dopiero teraz widzę to, czego nie widziałem przy zejściu do koryta rzeki... STROMIZNY! Ponad 70% nachylenia ale to nie wszystko... Schodzimy ze ścieżki i brniemy przez gąszcza Ho. To taka kolczysta endemitka, połączenie jeżyny z różą. Nie jestem wstanie bez kijków przez to iść, nie raniąc się dotkliwie...

Podchodzi do mnie El i odstępuje swoje kijki.
- Ale...
Wyreguluj je sobie pod swój wzrost. Mamy lewy trawers, więc lewy kijek sobie nieco skróć.
- Ale...
Ee tam... Nie lubię kijków... Są dla pedałów! Cha,cha.

El znika w jakimś kosmicznym tempie, chwytając się na zmianę Barszczu Sosnowskiego i Ho... Masakryczna mieszanka zieleniny...
Pierwszy pokonuje pierwszy żleb, potem puszcza przodem Karpia i Cichego, którzy szybko znikają mi z pola widzenia. El zostaje,jako łącznik optyczny. Jak to dobrze, bo mnie ogarnia przerażenie. Jest już tak stromo, że boję się o każdy krok. Jeden błąd i lecisz w kilkusetmetrową przepaść, kończąc w rwącym nurcie Zurazaminu...

Równolegle Bartek wspiera Alika, który musiał założyć buty, bo w sandałach tu iść niepodobna. Wbijasz stopę w zbocze usypane drobnym piargiem jak na lodowcu...I tak kroczek za kroczkiem. Alik zupełnie nie kontroluje stopy w bucie, która mu w nim po prostu pływa. Mi, całemu posranemu ze strachu nie wypada narzekać, dlatego odmawiam pacierz za pacierzem, obiecując sobie, że jak tylko to się szczęśliwie zakończy, to... Ale to się nie chce kończyć!

Staję przed żlebem i dostaję paraliżu. By ten żleb pokonać muszę jakby skoczyć z balkonu na balkon na 10-tym piętrze... Nie jestem wstanie... Uda mi drżą ale nie mam jak przykucnąć, oprzeć się...
- Dawaj Cymek! No dawaj k***a mać!
Głos El`a jakby z tunelu jakiegoś...
El... Nie mogę! Nie mam siły...
- Rzuć mi kijki!
Nie wiem jak to zrobić! Opieram się na nich ostatkiem sił, na szczęście dochodzą Alik z Bartkiem. Bartek najpierw pomaga mi się przeprawić, potem wraca po Alika... Wzruszenie nr 2.

Siadam przy El`u... Ciężko oddycham...Boże jakbym ich teraz wycałował wszystkich! El klepie mnie po barkach... Dopiero teraz widzę, co widzę. Jego lewe przedramię jest całe we krwi, podobnie odsłoniętych dwoje goleni. Bartka golenie wyglądają podobnie, ramiona znacznie lepiej, bo szedł z kijkami.
- El...
Spoko, zwykłe zadrapania. To nie to, co spierdolić się na golasa w pokrzywy z drzewa.
Nie śmiem pytać o oparzenia barszczem... Wzruszenie nr 3.

Ruszamy. Jest trochę łatwiej ale jeszcze jeden żleb trza pokonać. El oddala się ekspresowo. Zatrzymuje się ponad 500/700m dalej, jako kolejny optyczny łącznik. Karpia i Cichego nie widać już od dwóch godzin. El kuca i czeka na nas. Dojście do niego zajmuje nam godzinę.
Ma dobre wieści. Chłopaki znaleźli coś, po czym da się przejść na drugą stronę rzeki. Tak zakładają...
Ja sobie nie wyobrażam innego scenariusza!

Po kolejnej godzinie docieramy do skraju wąwozu. Widzę ogromne głazy, które tworzą kamienny most. Co za ulga!
Jednak tylko do czasu, kiedy zsunął się po zboczu do nich Cichy... Wygląda przy nich jak Dawid przy Goliacie...
Teraz zaczyna się wspaniały spektakl! Muszę tak ten opis zacząć. Próby Cichego sforsowania/znalezienia drogi wzbudzają tak ogromne emocje, że trudno jest mi je teraz wyrazić. Na zmianę modlę się za niego, to przygryzam wargi albo zamykam oczy. Kiedy kolejny raz je otwieram, nie wytrzymując wcześniej napięcia - Cichy jest na środkowym głazie!
Hurrraaa!!!! Drę ryja ale nikt mnie słyszy!

Po chwili Cichy ląduje suchą stopą na drugim brzegu. Za nim Karpiu. El zostaje na pierwszym głazie. Dołącza do niego Cichy i Karpiu tworząc jakby łańcuch dla nas.
Ale trzeba tam jeszcze zejść. Z emocji nie zwracałem uwagi na ten "problem". To jak zsuwać się po balkonach zarośniętego wieżowca... Zajmuje mi to całe wieki. Tuż za mną schodzi Bartek z Alikiem.

To, co zastaję odcina mi całkowicie prąd. JAK CICHY TO ZROBIŁ?!! Jest mniejszy ode mnie o dobre 10cm a tu zasięg ramion i nóg ma kluczowe znaczenie! Puszczam Alika przodem. Też jest chłop zmęczony, styrany... Przyglądam się przeprawie.
Chłopaki już uzgodnili scenariusz. El, jako najsilniejszy (najcięższy) przyjmuje się na siebie opadające ciało Alika. To znaczy, Alik robi jeden krok do przodu, na ostatni mały kamień, z którego trza paść dłońmi/oprzeć się o kolejny - wielki głaz odległy o jakieś 1,20/1,30m...
Alik to kawał chłopa, podobnie jak ja. Utrzymać takiego z plecakiem nie jest lekko.
Alik pada, El chwyta go za ramię, przyciąga do siebie, w tym samym momencie Cichy chwyta Alika za plecak i...mamy chłopa szczęśliwego.
Teraz Bartek. Piękny dubel. Szczęśliwcy!

Kolej na mnie... Sytuacja się powtarza ale teraz, to już koniec... Naprawdę nie dam rady! Wtedy Bartek... wraca po mój plecak! Boże... Bartek Druhu! Wzruszenie nr 3.
Niby jest mi łatwiej ale kiedy robię ten pierwszy krok i widzę szalejącą wodę w wąskim gardle, to ponownie mnie paraliżuje. Nic do mnie nie dociera, dopiero stek przekleństw El`a!

Dobra, zbieram się! Robię krok, rzucam się rękoma na głaz i nagle... stopa mi się obsuwa na kamieniu, dłonie nie wytrzymują oparcia i lecę w dół!...
...moment wyświetla mi się życiorys. Znikam pod wodą i lecę nią porwany w czeluść ale... na czymś mnie zatrzymało! Coś mnie trzyma, jakaś zapora rozciągnięta między dwoma głazami! Zapora ma ręce! Ale ja nic nie widzę, to coś jest pod wodą!
- Trzymaj się k***a!!! Jest dobrze! Trzymam cie!

Rany Boskie!!! To El!!!
Drę się w niebogłosy - trzymam się, trzymam!
- Postaw stopę na moim udzie i się odbij! Bartek przechwyci i
wyciągnie cie na brzeg. Na raz, dwa, trzy!
RAZ... DWA... TRZY!!!
Odbijam się i ląduje na Bartku! Jestem roztrzęsiony ale szczęśliwy.

Widzę teraz El`a rozpiętego między głazami po oczy w wodzie. Cichy z Alikiem szybko wiążą powertape cztery kijki w jeden "dyszel". Alik asekurowany przez Cichego podaje go El`owi. Ten się jego chwyta i zwalnia nogi (rozpięte w mega rozkroku). Zurazamin wyrzuca El`a w powietrze jak wichura styropian! Ale się El trzyma i chłopaki wyciągają go szczęśliwie na brzeg...

Teraz trzeba tylko jeszcze... powtórzyć manewr! Tym razem wykonuję szybko polecenia Karpia w jakimś amoku i chwila moment jestem na drugim brzegu. Nic z tego nie pamiętam!
Ot, znalazłem się na drugim brzegu i już.
Karpiu uśmiecha się do El`a:
- W życiu nie widziałem tak durnego zachowania! Trza mieć coś z czajnikiem nie tak! Trza było Wąskiego zostawić i wysłać sms-a Fazikowi, by se Wąskiego odebrał w Obichingoł a tak dalej mamy kłopot!

Przywołuje mnie Alik...
- Chcesz coś zobaczyć...? Strzeliłem 5 kadrów, by mieć jakąś pamiątkę z tej przeprawy. Padło na ciebie, cha,cha!
Wszystko jest jak na dłoni.
Kadr 1 - opieram dłonie o głaz.
Kadr 2 - odpadam ale... równolegle widać El`a skaczącego przede mnie!
Kadr 3 - znikamy pod wodą. Widać kawałek mojej czupryny.
Kadr 4 - wybicie.
Kadr 5 - lądowanie na Bartku.
Szkoda, że nie ujęliśmy El`a w locie z kijkami w dłoniach

Jeszcze to do mnie nie dociera, co się stało, poza krótką uwagą El`a:
- k***a... zgubiłem okulary...
To mnie przywraca do żywych. Wzruszenie nr 4.

- Dobra dzieci! Jeszcze się z tego wąwozu musimy się wydostać. Za 2h zajdzie słońce i nie wysuszycie fantów a mokre buty, to nie jest dobry pomysł na wycieczkę. Drugie, jest jasne, że nie ma drogi powrotnej. Tyle ode mnie, rzucił Karpiu ruszając szybko w górę.
Tych kilka pięter wspinaczki pokonujemy w kwadrans. Rozbijamy nieopodal,w osłoniętym od wiatru ogromnymi głazami miejscu. Do strumienia około 200m... Dobra miejscówka.

Karpiu wyciąga cytrynówkę i bierzemy po solidnym łyku.
- El... Jeżeli jeszcze raz usłyszę od ciebie: dzisiaj, to będzie krótki i łatwy odcinek, to... Wąski od razu ląduje w jakimś kolejnym "zulazula" bezdyskusyjnie.

Przełęcz Gardani Kaftar osiągnęliśmy dwa dni później. Oj działo się po drodze. Może nie tak ekstremalnie ale emocji było naprawdę sporo. W końcu pomyliliśmy doliny
Zejście do Langar w dolinie Obichingoł też z przygodami nie byle jakimi było. Łącznie z interwencją ratunkową dyrektora narodowego parku, któremu na ośle Dariuszu towarzyszył Słodki...

Ostatniej nocy na szlaku, niebo było na wyciągnięcie ręki. Przed wschodem księżyca, bez "cienia" jakiejkolwiek łuny pstryknąłem moim Wielkim Kolegom fotę...Tylko tak byłem im wstanie podziękować za wszystko, co dla mnie zrobili...
KOCHAM WAS. WZRUSZENIE NR 5.
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 24 listopada 2018, o 17:34

Z Dziennika Wąskiego.

Suplement.
Wzruszenie - etiuda druga.

Coraz częściej przysiadam się do El`a na prawego. Lubię słuchać jak z pasją opowiada o tym, o czym opowiada
To samo mam z Fazikiem. Z nimi się człowiek nie nudzi

...Biwakujemy gdzieś między Chalajkum a Wanczem. Spektakularną miejscówkę "wyczuł Fazik". Nie stawiamy namiotów, rzucamy śpiwory bezpośrednio na płachtę. Pierwszy raz w życiu będę spał pod gołym niebem!
Tymczasem w ruch idą wszelkie trunki wynoszone po kolei na naturalny, widokowy taras. Ostatni idzie El, trochę po omacku, bez czołówki.
I jak nie zaklnie! Zaraz potem słychać ŁUP!

Lecimy do El`a a ten cały w zasiekach! Myśmy je minęli... Szpetnie to wygląda... Dopiero teraz widzę w jakim stanie f-cznie były stopy El`a na szlaku. Jestem w szoku. Nic nie mówił... Teraz to wszystko "ładnie" rozorane drutem kolczastym! Na wierzchu żywe mięso...
Kwadrans później pielęgniarze: Słodki i Karpiu kończą robotę, której efekt podsumowuje Fazik:
- No wzorcowa Mumia 6!

...Jedziemy doliną Rotszkali. To taka namiastka Bartangu, bardzo modnej - jak twierdzi El - doliny, którą od jakiegoś czasu wszyscy próbują zaliczyć.
- A tu cisza i spokój, prawda?
Prawda. Na całej trasie spotkaliśmy tylko jednego Niemca na motorze, który zrobił wielkie oczy. El się nawet nie zatrzymał.
- Nie czuję już takiej potrzeby. Na Świętojańskiej w Gdyni też nie przychodzi mi do głowy, by każdemu napotkanemu turyście powiedzieć: dzień dobry.
Ja bym mimo wszystko chciał ale nie będę mówił Starszynie, co ma robić.

Czuć u niego napięcie... posypał się El`owi plan powrotu i od jakiegoś czasu patrzy głównie na zegarek a nie na to, co się dzieje wokoło. Taki chwilami wielki nieobecny.
Tym niemniej "kazał" wszystkim jechać pod Pik Engelsa i to dość bezdyskusyjnie. Akurat była inna koncepcja pory posiłku i El się... wściekł!
- Się k***a słuchajcie!
I tam jeszcze trochę mniej delikatnych wyrazów się posypało.

Pierwszy raz widziałem takiego El`a - milczałem jak trusia. Żalił się jeszcze długo pod nosem ale ja wiem, że to nie na nich tak naprawdę, tylko na fakt tkwienia jeszcze w górach, które powinien mieć już dawno za sobą. On to już wszystko widział, swoje przeżył...
Jak już z niego zeszło, znowu zaczął być tym El`em.

...Do szczytu pozostało jeszcze około 150m w pionie. Tyle pokazuje GPS Słodkiego obecnie - 4910m.
Nie wiem, jak to możliwe, ale tu jestem... Bartek z Karpiem odbili na wierzchołek pośredni, jeszcze nienazwany. Nienazwany do dzisiaj, bo od dzisiaj będzie to szczyt Bronisława Grąbczewskiego.
Przed nami wierzchołek główny.

Docieram na niego wykończony w 1,5h...
Na szczycie oniemiałem... Czekali już tam na mnie: Cichy, Słodki i El... 5058 mnpm. W milczeniu przybili mi piątkę... Nie byłem ze wzruszenia wycisnąć z siebie ni jednego słowa...
Panorama...? Nieziemska, galaktyczna...
Odbieram to wszystko w kategoriach jakieś cudu... Że dane mi to było być dane...

Trzy godziny później jako ostatni zwlekłem się do bazy. Bazą jest mały hutor z koralem dla owiec, bajkowe miejsce w bajkowym otoczeniu.
Padam bez czucia na ryj, wbijam się w śpiwór... Mam dreszcze, jestem wyziębiony i przegrzany jednocześnie. Nie wiem, czy nie mam temperatury ale pal sześć...

20 minut później Bartek przynosi mi ciepły posiłek robiony w szybkowarze. Ten szybkowar, to był strzał mamy Fazika w dychę. Najpóźniej w kwadrans gotowe było najbardziej skomplikowane danie.
Nie mam apetytu ale wmuszam w siebie kilka kęsów i to mi pomaga.
Godzinę później jestem już rozgrzany na tyle, że mógłbym towarzyszyć wesołej coraz bardziej komandzie ale chcę celebrować "mój sukces" w samotności. Pobyć chwilę sam ze sobą...
Cały czas się do siebie uśmiecham przy tym i tak zasypiam...
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 24 listopada 2018, o 17:43

Połowa dziennika Wąskiego za nami więc teraz coś o mnie.

Jak nasz wspólny znajomek zauważył, wkurwia go, że udało się taki mocny temat pchnąć do przodu. Tak... Rzeczywicie wymyśliłem temat od A do Z.
Ale lańcuch składa się z ogniw. Muszą być one w kupie, by jechać. I ta kupa wyszla nam najlepiej.

Z Pamiętnika znalezionego w koszu.

2010. Przełęcz Karakabczał. Afganistan.
Siedzi koleś w klapkach boso na krzesełku składanym i gra na gitarze. Na tyłku podarte dżinsy ma, w tle afgański Hindukusz, za nim dolina Hunzy...
Wygląda ten koleś w tym otoczeniu, jak z dupy wzięty. Temperatura kole zera.

Suną karawany do Doliny Małego Pamiru. Ich członkowie, głównie Wachowie i Afgańcy już go znają. Uznają za dziwaka. Psychicznych się tu nie rusza. Zostawia się im przestrzeń do bytowania, czasem wspomaga.
Mijając go na szlaku zagadują, proszą o kilka taktów.
Biały gra, wzbudzając symaptię. Jest sam. Niczego nie oczekuje w zamian. Po prostu gra każdemu, którego spotka i gdy ten go o to poprosi. Proszą wszyscy.

Siada na krzesełku, które se sam wniósł i gra. Nie ważne, że fałszuje. Audytorium wsłuchane jak w Penderowskiego...
Zostawiają mu słodycze, non (chleb), co tam mają akurat... Zawsze uśmiech i dobre słowo, którego nie trzeba rozumieć, by zrozumieć... Pomagają się przeprawić przez trudny brod. Wspierają w drodze.
Sława białego roznosi się w dolinie Wachanu i Małego Pamiru.

Żaden biały do tej pory tego szlaku solo nie pokonał. A ten jeszcze z gitarą i krzesełkiem...
Ten biały czekał 8 lat, by znów wziąć krzesełko i pójść. Tym razem nie solo ale znowu po sławę. Po tę swoją, ulubioną.
Tym razem w grupie, skomponowanej spontanicznie ale doskonale jak utwór Czerwonych Gitar, który brzmiał 8 lat temu w przestrzeni afgańskiego Hindukuszu na przełęczy Karakabaczał...
https://www.youtube.com/watch?v=q0F7gqit2Y0

2010.
https://vimeo.com/24986349
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 24 listopada 2018, o 21:07

Z Dziennika Wąskiego.

Narąbię się na finał...
To znaczy jestem na najlepszej drodze do. Kupiłem sobie kilka browarów i siedzę sam.
Nie mam fejsa, więc piszę maile ale na te tylko jeden kolega odpisuje...
To też jest jakiś znak czasów... Nie mam oto żalu ale łatwiej mi o dziwo dzisiaj pisać niż dzwonić... Pisanie daje dystans a telefon nie... Musisz odpowiadać od razu...

Pamiętam namiętną dyskusję w lazarecie pod naszą 5-tką, między Fazikiem i El`em, w temacie internetowej komunikacji...
Fazik korzystał z dobrodziejstwa internetu a El w ogóle.
Co to była za dyskusja... Aż się kierownik Karpiu wkurzył i kazał się El`owi zamknąć.
No... "zamknąć" zacietrzewionego El`a... Lepiej poczekać, aż mamuty wyginą...
Ale nie chodzi oto, kto miał z nich rację... Ważne jest to, czy masz z kim rozmawiać w ogóle...

Tak, że ja z lubością słuchałem tych "kłótni", bo jak to jest...? Odnosisz wrażenie, że El zaraz zabije Fazika a za chwilę siedzą sobie we dwójkę, spożywają to, czy tamto i... jak gdyby nigdy nic... Jakby w ogóle to, co miało miejsce, nie miało miejsca...
Do końca nie zrozumiałem tego ich "związku"... Jakiś dziwny "minus z plusem". A weź skrytykuj jednego z nich, w sensie osobno...
El ci oczy wykole a Fazik nic nie powie ale wiesz, o co chodzi... Ech...

Szukam teraz definicji przyjaźni... Bo po tej wyrypie, już nic nie wiem...
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 24 listopada 2018, o 21:07

Z Dziennika Wąskiego.

Minął tydzień...
Co się może w ciągu tygodnia w życiu młodego człowieka zmienić...?
Wszystko.

Dzwoniła w niedzielę Wiera...
- Cymek...
Przyjadę po ciebie kochana. Nie potrzeba słów.

Pod numer Wiery wgrałem organy Hammonda Johna Lorda z Lazy... Pod numerem El`a solo Blackmore`a z Place in line... Nie słuchałem dotąd Deep Purple... dopóki nie poznałem El`a.

Private.
Ci, co mówią o nim Elwood, kompletnie go nie znają. Tylko Mały Wielki Człowiek mówi, jak chce. Czasami Cichy...
Reszta mówi El. Jak można inaczej...?
Słodki pięknie to ujął swego czasu na koszulce podarowanej El`owi. Nic dodać, nic ująć. Jakoś mi duchowo do Słodkiego najbliżej. El nazywa go Paniczem z Podlasia. Nie zdążyłem dopytać dlaczego. Słodki stwierdził krótko. Przyjedziesz na Biesowisko - dowiesz się.

Dzwonię do El`a i pytam o Biesowisko (które sobie wcześniej wygooglałem w sieci).
- Nie ma żadnego Biesowiska i nie będzie. Chyba..., że je zorganizujesz... W sumie... mógłbyś...
Dzwonię do Fazika i pytam się o Biesowisko.
- Przyjeżdżaj!
Ale ja nic nie wiem!
- Oto chodzi. Przyjeżdżaj!
Fazik... no weź coś powiedz!
- Jesteś pedałem?
No... nie.
- No... To przyjeżdżaj.

Dzwonię do Małego Wielkiego Człowieka.
- Karpiu kochany, kiedy jest to Biesowisko?
Jak zwykle ale mnie nie będzie najprawdopodobniej...
- Ale kto mi udzieli jakiś informacji?
Dzwoń do El`a...
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Re: 40 lat minęło...

Postprzez Elwood » 24 listopada 2018, o 21:08

Z Dziennika Wąskiego.

Minął tydzień.
Co się może w ciągu tygodnia w życiu młodego człowieka zmienić?

Od tygodnia leżę i patrzę w sufit godzinami...
Godzinami słucham Deep Purple... W sobotę zacząłem oglądać Blues Brothers...
Skończyłem dzisiaj nad ranem... Padłem w końcu, jak kafka na ryj, jak po prowadzeniu Lublina całą noc...
Wpadłem w czarną dziurę... Przekroczyłem horyzont zdarzeń...

Na drzwiach pasażera Golfa przyklejonych było tych braci dwóch...

To piękny film... W nim to, co nierealne, niemożliwe do wykonania na co dzień, staje się "chlebem powszednim", realizacją marzeń w życiu, którego ty jesteś twórcą...
- Tak Wąski... Słuchaj duszy. Trzymaj się cnót Platona... Nie naśladuj ślepo a zajdziesz daleko...

Boże... Moje wzorce legły w gruzach... Wstyd się do nich odwoływać w jakikolwiek sposób po tej wyprawie!
Zaczynam doceniać wszystkie te proste czynności... Kąpię się statystycznie, co cztery dni i nie potrzebuję do tego ciepłej wody.
Jem praktycznie raz dziennie. Wieczorem na kwadrans włączam telefon... Wtedy armagedon.
Fejsa nie mam... To był mój potężny bonus u El`a i Fazika ale ja na co dzień siedzę w gwiazdach, nie na fejsie.
Ich jest na szczęście zbyt wiele...
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje
Elwood
 
Posty: 47
Dołączył(a): 18 października 2016, o 09:38

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Górsko etnograficzne

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość