Kiedy we wtorek (15.06) Franc do mnie dzwonił twierdziłem, że nie jadę bo auto było w częściach jak na zdjęciu.
Część rzeczy odebrana z malowania, części jeszcze nie było, mosty w proszku, silnik, skrzynia porozbierana.
Wieczorem Żona pyta; "Czy ty przypadkiem w ten weekend nie jedziesz na zmotkę, przecież rok temu mówiłeś, że było super ?"
I to mnie tknęło. Przecież zmotka była najlepszą imprezą na jakiej bylem w poprzednim sezonie. Abstrahując od offroadu to naprawdę mile spędzony czas ze śniadaniem u Alicji, ciasteczkami Maji i bankietem Komandora.
Po przemknięciu tej myśli zadzwoniłem do Kamila o powiedziałem, że od jutra rana wchodzimy do garażu i nie wyjdziemy jak scorpiona nie poskładamy do kupy i nie wiedziemy na lawetę. Czas do dyspozycji to 70 godzin. I tak było, wchodziliśmy o ósmej rano, wychodziliśmy o czwartej rano i 3 godziny później od nowa. Auto zostało odpalone o drugiej w nocy w sobotę, a o czwartej wjechało na lawetę. Godzina snu jedziemy do Długosiodła.
...można,,.. można
Gdyby nie miłe wspomnienia z poprzedniego roku napewno nie było by takiej motywacji aby zarżnąć się tylko po to aby zobaczyć tylu fajnych ludzi i po prostu tam być.
Jeszcze raz dzięki wszystkim którzy mają wpływ na formę i istnienie tej imprezy.
Dziękuje również mojej Żonie i dzieciakom którzy dzielnie przez cały dzień jeździli od sklepu do sklepu i odbierali, tu Opitmę, tam uszczelniacze, a gdzie indziej tłumik i inne graty.
W ramach podziękowań nie mogę pominąć załogi która dwukrotnie nam pomogła, raz po urwaniu pół osi, a później uchroniła przed rolką.
Pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia na bobku
