Pojechaliśmy naszym wiernym tojtojem, czyli Land Cruiserem KZJ70, rocznik 1993, 3.0TD. Auto wyposażone w kombinowany zawias OME, Ironmana i Toughdoga, obuty w opony MT 33x12,50 marki Toyo i dysponujące na wszelki wypadek wyciągarką elektryczną. Auto krótkie, więc idea spania w samochodzie odpadała, równie oszczędnie trzeba było podejść do kwestii zabieranego ekwipunku. Tak więc zapasowe części, płyny eksploatacyjne, liny, i wszelki szpej off-roadowy trafił do dwóch dużych skrzyń. Siatka pod sufitem woziła bambetle (śpiwory, karimaty kurtki, windstoppery), obok skrzyń trafiły krzesełka turystyczne, skrzynia "gastronomiczna" (tzw. stołówka), walizkowa kuchenka gazowa (polecam), namiot i chłodziarka 12V (genialne urzadzenie w upały). Do nawigacji mamy Garmina 76CS z mapami topo Rumunii i Bułgarii plus oczywiście mapy papierowe, bez których ani rusz ;)
Wyjazd nie był specjalnie daleki (zakładane 5000km), więc po porządnym przejrzeniu auta przed wyjazdem można było spokojnie pokusić się o bezstresową podróż w jeden samochód.
Ruszyliśmy z Wawy w sobotę rano, razem z Marcinem i Heleną jadących HZJ78, z którymi niestety rozstaliśmy się po trzech dniach (Marcin jechał do Gruzji). Do Rumunii (Oradea) dotarliśmy po 14 godzinach jazdy. Następnego dnia przywitało nas piękne słońce i południowa część gór Bihor (jakość zdjęć zróżnicowana, większość pochodzi z dobrego analoga, jednak część jest zrobiona słabą małpą cyfrową):

Po kilku godzinach przelotu szutrówkami (i przejeździe przez miasto Sebes) początek drogi 67C, czyli Transalpiny. Po ok. dwóch godzinach jazdy po szutrach zostawiamy za sobą rumuńskich, śmiecących na potęgę grillowiczów okupujących przydrożny strumień i jeziora zalewowe. Przekraczamy bród i wjeżdżamy na 67C. Jeszcze tylko obiad, kawka i w górę, ku Urdele.



Transalpina ma sporo odnóg, a także wytyczonych przez poprzednie ekipy wjazdów na okoliczne hale i szczyty. Z kilku skorzystaliśmy, mimo lekkiego stresu na podjazdach naszych Pań. Na szczęście widoki zrekompensowały im lekki stres.

Po zjeździe z Urdele zaczęło się robić ciemno, więc szybko dotarliśmy do granicy lasu (znajdującej się na 1800 mnpm). Jeszcze tylko szybkie, odbywające się na migi uzgodnienie noclegu z pasterką i rozpoczynamy degustację "rumuńskiej odpowiedzi na metaxę" i świetnych win. Integracja i opowieści trwają do późnej nocy :)21 Rano szybka diagnoza przyczyn pojawiania się poprzedniego dnia wielkich kłębów niebieskiego dymu w moim KZJ70:

Oczywiście powodem okazał się filtr paliwa, który na wertepach musiał dostać trochę syfu z baku. Cały nadchodzący dzień będzie przelotem na południe, w kierunku środkowej Bułgarii. Tak więc opuszczamy obozowisko (za kółkiem płeć piękna robi popisy :)21):

Południowa strona Karpat wita nas upałem i krajobrazem jakby o wiele bardziej przypominającym ten podzwrotnikowy. Czerwona dachówka, wszechobecne osiołki, arbuzy, morele, spalone słońcem wzgórza, karłowate drzewka. Temperatura w cieniu ok. 35 stopni. Jedzie się sprawnie, zatrzymuje nas tylko korek na pseudoobwodnicy Bukaresztu (obwodnica jest drogą podporzadkowaną w stosunku do lokalnych i wszystko stoi, typowe

Tyrnowo tego dnia było najgorętszym miejscem w Europie (42 stopnie w cieniu), więc zdecydowaliśmy się uciekać w góry i jechać nimi szybko w kierunku morza. Uderzyliśmy więc w środkowe Bałkany i pojechaliśmy na wschód górskimi drogami, kierując się na Burgas. Pewna część Bałkanów jest dość ciekawa i zawiera drogę "znikąd donikąd". A tak przy okazji, tak wygląda typowa bułgarska droga drugorzędna (na mapie oznaczona kolorem żółtym):

O dziwo, po 40km jazdy, od przełęczy droga nie wiedząc czemu przybiera przyjemne oblicze równego asfaltu. Wzdłuż znajdują się liczne szkielety dużych konstrukcji budowlanych, przęsła nieistniejących kolejek wysokogórskich i linii wysokiego napięcia idących donikąd. To pozostałości wielkiej, rozwiniętej tylko do pierwszego etapu inwestycji, która miała być potężnym ośrodkiem turystycznym...


Wybrzeże na południe od Burgas to jeden wielki festiwal kiczu, pluszowych misiów, waty cukrowej i zwierząt stadnych, zwanych turystami. Dopiero za Carewem można zjechać z asfaltu i jechać dzikim, pięknym wybrzeżem w kierunku granicy tureckiej.

Tam też spędziliśmy kilka dni, odpoczywając po podróży, zajadając się świeżymi, gotowanymi na parze krewetkami (12zł), bycząc się na dzikiej plaży praktycznie bez turystów (na 500m wybrzeża może z 10-15 osób) i nurkując w takich zatoczkach jak ta:

Szlak jednak nas wezwał i ruszyliśmy w dalszą włóczęgę. Tym razem przez Rodopy Wschodnie, wzdłuż granic z Turcją i Bułgarią. Wschodnie Rodopoy to łagodne góry z formacjami skalnymi, spalone słońcem, pełne dzikich terenów (kilkudziesięciokilometrowy pas granicy Układu Warszawskiego z NATO), gdzie można spotkać chyba ostatnich wędrujących Cyganów. Bezkresne przestrzenie poprzetykane są jedynie biednymi wsiami, znajdującymi się co kilkadziesiąt kilometrów.


Niektóre miejsca, które wybraliśmy na biwak wręcz zapierały dech w piersiach. Tutaj nocowaliśmy razem z żółwiami


Stałym elementem krajobrazu są osły, emanujące stoicyzmem i filozoficznym milczeniem. Nie wiem jakim cudem osioł stał się w naszej kulturze symbolem głupoty i uporu.

Śnieg też mieliśmy ;) Zbliżamy się powoli do Perperikonu.

Perperikon to jeden z ważniejszych dla nas etapów podróży. Antyczne, święte miasto Traków, z legendarną Świątynią Dionizosa. To tutaj Aleksander Wielki otrzymał swoje słynne proroctwo, które głosiło, że obejmie władzę nad światem. Perperikon w czasach prosperity zamieszkiwało 12 tysięcy ludzi. Prace archeologiczne rozpoczęto dopiero pod koniec lat 80-tych XX wieku. Dziś jeszcze nie ma tam infrastruktury turystycznej, turyści tam nie docierają, obiekt można swobodnie zwiedzać poruszając się wśród porzuconych taczek i kilofów )archeolodzy wrócą na jesieni, jak upały zejdą).


Pycimy dalej na zachód, przerzuciliśmy się na asfalty, żeby trochę nadrobić tempa. Na szybko obejrzeliśmy Monastyr Baczkowski.

Odbiliśmy na północ i polecieliśmy w kierunku Kopriwszticy. To duża wieś, chyba jedyna zachowująca nadal nieskażony turystyką, naturalny charakter bogatej XIX-wiecznej wsi bułgarskiej z okresu Odrodzenia Narodowego. Zajadaliśmy się Szopską Sałatką, Kavarmą, a wszystko to popijaliśmy pysznymi winami z Ruse, Targovishte i Menada.



Kopriwsztica znajduje się w górach Starej Płaniny, po południowej stronie Bałkanów - gór z łagodnymi szczytami, sięgających jednak 2300m npm. Mieliśmy więc mały posmak tego, co oferuje Misiek, który ułożył tam trasę pierwszej edycji imprezy następującej po Maramureszu.



Bałkanami jechaliśmy na zachód, gdzie dotarliśmy do Wielkiego Tyrnowa, średniowiecznej stolicy Drugiego Państwa Bułgarskiego. Zrobiliśmy sobie dwudniowy odpoczynek od włóczęgostwa, korzystając z dobrodziejstw hotelu. W dzień zwiedzaliśmy okoliczne wzgórza (zwłaszcza Carewec), wieczorem degustowaliśmy :)21 Po dwóch dniach jeszcze tylko szybko wizyta w Nikopolis ad Istrum (rzymskie miasto I-V w. n.e) i lecimy asfaltami w kierunku Rumunii. Tym razem celem jest najwyższy masyw rumuńskich Karpat - Fogarasze:


Po Fogaraszach szybka wizyta w Sigishoarze, jednym w centrów osadnictwa saskiego od ok. XII wieku. Po drodze Medias, gdzieś tam nocleg i lecimy w kierunku Cluj Napoca. Nocujemy już w górach Bihor, gdzie spędzamy ostatnie dni, raczej już off-roadowo (czujemy się już prawie jak pod domem ;))



I ostatni już posiłek w Rumunii...

W domu Garmin pokazał prawie równe 4900km.